Matka Boska z familoków

Kwi 1, 2015 by

Matka Boska z familoków

PAP/Andrzej Grygiel

– 40 lat było spokoju! A teraz?! – doktor Jolanta Wadowska-Król irytuje się, ale tak lekko, z uśmiechem. – Od tego filmu zaczęło się na nowo. I jeszcze ten tytuł („Matka Boska Szopienicka” – przyp. red.), co mnie przecież tak nazywali moi najwięksi wrogowie, drwili ze mnie!

Ten film to krótkometrażówka autorstwa Małgorzaty Król (wnuczki pani Jolanty) i Karoliny Skibińskiej, którym w 2013 roku zdobyły pierwszą nagrodę w konkursie „Szukamy Bohaterów” Stowarzyszenia Projekt Śląsk. Tytuł to „Matka Boska Szopienicka”, bo właśnie na katowickich Szopienicach doktor Wadowska-KrólMatka Boska Szopienicka wraz z pielęgniarką Wiesławą Wilczek uratowały zdrowie, może nawet życie, wielu dzieciom. Przebadały pięć tysięcy tych, którym groziło zatrucie ołowiem.

Takiej lekarki nie ma na świecie, nie było i nie będzie – mówi w rzychodni przy ul. Wiosny Ludów pani Kwicińska, której syna i córkę w dzieciństwie leczyła doktor Wadowska-Król. Pan Kwiciński potakuje głową, gdy jego żona dodaje: Ona była zbawicielem!

Sama pani Jolanta wcześniej, przez telefon, chwilę się waha, nieszczególnie jej ten wywiad pasuje. Mówi, że nie rozumie, skąd to nagłe zainteresowanie, przecież tylko robiła swoje, czyli leczyła dzieci. Zastanawia się, po co grzebać w pamięci, sięgać nią 40 lat wstecz do głębokiej komuny i małej katowickiej przychodni.
– Przecież to są takie stare dzieje – wzdycha nad imbrykiem z herbatą, gdy spotykamy się w jej domu.

– Takiej lekarki nie ma na świecie, nie było i nie będzie – mówi w przychodni przy ul. Wiosny Ludów pani Kwicińska, której syna i córkę w dzieciństwie leczyła doktor Wadowska-Król. Pan Kwiciński potakuje głową, gdy jego żona dodaje: Ona była zbawicielem!

Sama pani Jolanta wcześniej, przez telefon, chwilę się waha, nieszczególnie jej ten wywiad pasuje. Mówi, że nie rozumie, skąd to nagłe zainteresowanie, przecież tylko robiła swoje, czyli leczyła dzieci. Zastanawia się, po co grzebać w pamięci, sięgać nią 40 lat wstecz do głębokiej komuny i małej katowickiej przychodni.
– Przecież to są takie stare dzieje – wzdycha nad imbrykiem z herbatą, gdy spotykamy się w jej domu.

Pomaganie dawało radość

Niekłamanie skromna – to pierwsze, co przychodzi na myśl, gdy się poznaje doktor Wadowską-Król. A także – nieskora do nadmiernego patosu, co objawia się na przykład wtedy, gdy mówi o początkach swojej drogi życiowej.
Pani Kwicińska powie o niej: Doktórka z powołania, a sama pani Jolanta się na to słowo odruchowo lekko wzdrygnie.
– Powołanie? Czy ja wiem, może raczej zamiłowanie do medycyny. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym pracować w innym zawodzie. Może więc i tak, niech będzie to powołanie – zastanawia się głośno.

W jej przypadku obeszło się bez operacji na otwartych maskotkach i bandażowania głów lalkom. Po prostu jako dziecko dużo chorowała, nawdychała się szpitali, napatrzyła na ściany przychodni, oswoiła z białymi kitlami. Ani się obejrzała, zaczęła marzyć o własnym. W czasie studiów na Śląskiej Akademii Medycznej (obecnie Śląski Uniwersytet Medyczny) terminowała po trzy miesiące na kolejnych oddziałach: interna, chirurgia, ginekologia, wreszcie pediatria.
– Jak trafiłam na oddział dziecięcy, to już wiedziałam, że tam zostanę. Te dzieci były takie bezbronne, zwłaszcza ciężko chorujące. Pomoc niosła wielką radość i satysfakcję – wspomina.

W 1966 roku wróciła z mężem Zbigniewem (też lekarzem, specjalistą-nefrologiem) do Katowic, zatrudniła się w szpitalu w Będzinie i przychodni dziecięcej w Dąbrówce Małej. Spokojnie pracowała aż do lata 1974 roku, kiedy podjęła decyzję, od której – co się dopiero miało okazać – nie było już odwrotu.
Małego pacjenta z powracającą niedokrwistością odesłała do kliniki dziecięcej w Zabrzu, kierowanej przez profesor Bożenę Hager-Małecką. Nie spodziewała się, że za kilka tygodni, 4 września 1974 roku, nawiedzi ją sama pani profesor, stwierdzi, że dzieci na Szopienicach chorują, wypowie słowo-klucz, które niebawem wiele drzwi otworzy, a wiele zamknie: ołowica.

Zostały tylko szczury

W filmie „Matka Boska Szopienicka” mówiła: Profesor Małecka zleciła mi zrobienie badań dzieciom z Szopienic szybko i po cichu. Nie spodziewała się, że wykonam je na taką skalę.

Jeszcze tego samego dnia doktor Wadowska-Król dostała od dyrektora przychodni (dr Urban) pozwolenie na przeprowadzenie badań w najbliższej okolicy huty. Wtedy już wiedziała, już się domyślała, że wyniki nie będą dobre, bo nikt nie powinien mieszkać w bliskim sąsiedztwie huty ołowiu, a już na pewno jej komina. Tymczasem w Dąbrówce najbliższe domy dzieliło od niego raptem 200 metrów. A wcześniej?

Wcześniej było tak: z huty na okrągło kopciło (gwoli sprawiedliwości – nie tylko z niej, bo w okolicy był zakład przemysłowy na zakładzie, m.in. mydlarnia i octownia), nic w okolicy nie rosło, zwierzęta wyzdychały, zostały tylko szczury.

– Ziemia była tak zatruta, że jak się dziecko przewróciło, to od razu woda utleniona, bandaże, zastrzyki, od razu było zakażenie – opowiadają państwo Kwicińscy.
Ksiądz Józef Klemens, proboszcz parafii św. Jadwigi w Szopienicach, w latach 1979-2000, dodaje: Pamiętam pierwsze niedziele na parafii, koniec sierpnia 1979, jak szliśmy na spacer, to tak siarkowodorem dawało, że żołądek miałem w gardle.

W części osiedla, tej najbardziej zagrożonej, w familokach tuż koło komina huty, choćby i się chciało, o higienę zadbać było trudno.
– Z jednej strony były familoki, a z drugiej chlewik, magazyn z węglem i ubikacja – wspomina ksiądz Klemens. Nielicznym jakoś się to udawało.

– Mąż bardzo dzieci gonił o przestrzeganie czystości, na okrągło ręce myły, klamki otwierały łokciami – opowiada pani Kwicińska.
A tak to całymi dniami bawiły się w tej skażonej ołowiem ziemi, do domu wpadały po kanapkę albo jabłko, na szybko, bez mycia rąk, ołów zjadały albo chłonęły całym ciałem, bo gospodynie prały ubrania robocze mężów-hutników razem z dziecięcymi. Nie było przecież żadnej świadomości, że huta zatruwa ludzi i środowisko – przypomina Wiesława Wilczek, pielęgniarka, która wraz z doktor Wadowską-Król prowadziła akcję „ołowica”. W przychodni pracowała od 1969 roku, codziennie dojeżdżała z oddalonego o kilkanaście kilometrów Giszowca.

 

Zrodlo: kobieta.wp.pl

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.